Historia pewnego Gibsona

Historia pewnego Gibsona

Dziś wielki dzień, Księciunio obchodzi piąte urodziny, a ja chcę Wam opowiedzieć jak to się w ogóle stało, że ten cukiereczek trafił w moje ręce 🙂

6 lat temu, kiedy wyjeżdżałam to Szkocji, miałam mocne postanowienie powrotu z Wysp z… piękną, rudą suką border collie. Ba, nie miałam nawet pojęcia o rasie owczarek australijski. Na farmie, na której pracowalam, mieliśmy 6 borderów i to mnie wyleczyło z rasy. Stwierdziłam, że takiej energii nie byłabym w stanie znieść i rozpoczęłam poszukiwania innej rasy, pomysłów było tysiąc aż w końcu koleżanka nakierowała mnie na aussie. I tak rozważałam, pytałam, czytałam i cudowałam. W pewnym momencie koleżanka zadzwoniła z informacją, że jest do wzięcia pies z pewnej renomowanej hodowli. Szczyl był rudy i idealny, ale po wycieczce do Poznania żeby poznać papika okazało się, że jest nosicielem HSF4 i nie zdecydowałam się go kupić. W tym czasie wertowałam już facebooka w poszukiwaniu ogłoszeń miotów i tak trafiłam do hodowli Saussurea. Iwona okazała się być super konkretnym i zaangażowanym hodowcą, zrobiła wywiad, wypytała o to, czego oczekuję od psa i zarezerwowała mi szczeniaka, który miał czekać na mnie w hodowli do momentu mojego powrotu z UK.

Tak oto po półtorej roku jazdy po lewej stonie, dwa dni po zakupie samochodu i trzy dni po wysiadce z samolotu udałam się paskudnego, styczniowego dnia z Kotliny Kłodziej do Warszawy żeby odebrać tego stwora, którego widzicie powyżej.

Poza totalnym wariactwem z tamtego dnia pamiętam, że mama Gibsona, Casy, podczas sekundy nieuwagi, zeżarła paterę ciastek, pół drogi powrotnej towarzyszyła nam jakaś dzika śnieżyca i to niesamowite ciepło w sercu kiedy patrzyłam na tą puszystą kulkę. Co ciekawe to ostatnie nie zmieniło się w żaden sposób. Żyj mi 100 lat, Gibsonku!

2 thoughts on “Historia pewnego Gibsona

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *